what the travel

Kalifornijska jedynka- opowieść o mgle, fokach i zebrach

Jeśli wybieracie się na objazdówkę po Kalifornii, to zapewne prędzej czy później będziecie pokonywać odcinek pomiędzy jej dwoma najbardziej popularnymi miastami- San Francisco i Los Angeles. Przejechanie najkrótszej możliwej trasy łączącej te dwa miejsca zajmuje ok 6h. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że po drodze nie ma NIC ciekawego. To tylko podróż z punktu A do punktu B, która sama w sobie nie wnosi do całego wyjazdu nic wartościowego. Jest jednak alternatywa. Kalifornijska jedynka, która przebiega niemalże równolegle do najkrótszej drogi, uznawana jest za jedną z najbardziej malowniczych tras widokowych w Stanach Zjednoczonych. Po drodze czekają na Was również liczne atrakcje, które zdecydowanie warto jest dodać do programu zwiedzania Kalifornii.

 

KALIFORNIJSKA JEDYNKA

Stanowa jedynka, na niektórych odcinkach oznaczona jako Pacific Coast Highway lub Cabrillo Highway czy też Shoreline Highway, biegnie wzdłuż Oceanu Spokojnego na długości ponad 1000 km. Przy wyborze tej drogi, czas spędzony za kółkiem wydłuży się o co najmniej 3h, za to podróż minie Wam znacznie przyjemniej. Jest tam tak pięknie, że co chwilę będziecie chcieli się zatrzymywać! Nawet jeśli zdecydujecie się nie korzystać z żadnych atrakcji, które oferuje wybrzeże, w drodze zejdzie Wam cały dzień, od rana do nocy. Nie jest to też trasa łatwa, ponieważ czekają tam na Was liczne zakręty i mgła będąca stałą bywalczynią tamtych rejonów. Czasem rozlewa się ona po drodze jak mleko, co zwłaszcza na tych górskich zawijasach znacznie ogranicza widoczność i komfort jazdy. Chociaż osobiście uważam, że mgła dodaje temu obszarowi naprawdę sporo uroku. Dzięki niej jest tam o wiele bardziej klimatycznie i tak… tajemniczo.

 

 

Jeśli jednak gotowi jesteście poświęcić na tę trasę więcej czasu, poniżej znajdziecie opis kilku miejsc i atrakcji, które zdecydowanie warto dopisać do Waszego programu zwiedzania. 😊

 

Śladami serialu Big Little Lies

Z pewnością każdy kto obejrzał choć jeden odcinek „Małych kłamstewek” pozazdrościł bohaterom serialu tak malowniczej scenerii. Już w samej czołówce naszym oczom ukazują się niezwykłe widoki oraz pięknie położony most, którym przejeżdżają serialowe mamy.

 

Bixby Creek Bridge

Ten jakże charakterystyczny most, to jeden z najbardziej popularnych i najczęściej fotografowanych punktów na pacyficznej jedynce. I choć w Big Little Lies pokazywany jest często, w rzeczywistości most ten oddalony jest od miasteczka Monterey, w którym rozgrywa się akcja serialu, o ponad 30 kilometrów.

 

Monterey

Wspomniane wyżej Monterey, to spokojne i niezwykle urokliwe miasteczko. Na kolorowym deptaku znajdziecie sklepy z pamiątkami, klimatyczne kawiarenki i knajpy serwujące świeże owoce morza w przystępnych cenach. Ale miejscowość ta może okazać się czymś znacznie więcej, niż tylko przyjemnym przystankiem w podróży.

 

REJS po Zatoce Monterey

Miasteczko Monterey leży nad zatoką Monterey, której wody zamieszkuje wiele gatunków morskich ssaków, takich jak foki, wydry morskie, delfiny, czy orki. Przez zatokę przechodzą również szlaki migracyjne humbaków. Jeśli chcielibyście zobaczyć te zwierzęta w ich naturalnym środowisku, koniecznie wykupcie rejs po zatoce! Ta atrakcja z pewnością na długo pozostanie w Waszej pamięci. 😊

Rejsy organizowane są przez cały rok, nie ma więc większego znaczenia kiedy zawitacie do Monterey. W morze wypływają statki różnych firm i o różnych godzinach, a więc z pewnością znajdziecie coś dla siebie. Popularne i polecane firmy to Princess Monterey Whale Watching i Monterey Bay Whale Watch. Rejsy trwają zazwyczaj kilka godzin (są dłuższe i krótsze opcje), a koszt takiej wycieczki to ok 50$.

 

Jak przygotować się do rejsu?

Jeśli cierpicie na chorobę morską, zawsze możecie łyknąć odpowiednią tabletkę przed wejściem na pokład. Jeden z pracowników firmy, u której wykupiłyśmy rejs, w bardzo przystępny sposób wytłumaczył nam też jak uniknąć złego samopoczucia po wypłynięciu na głęboką wodę i co zrobić kiedy komuś mimo wszystko zrobi się bardzo niedobrze. Na całe szczęście nie musiałam sprawdzać skuteczności tych sugestii, a i pozostali uczestnicy naszego rejsu mieli się świetnie. Dołączam jednak kilka wskazówek, just in case. 😉

Na dolnym pokładzie mniej kołysze. Jeśli cierpicie na chorobę morską, nie kupujcie biletów na górny pokład- nie warto w takiej sytuacji dopłacać. Poza tym, należy unikać miejsc, w których nie widzicie linii horyzontu (np. łazienka, barek- to podobno tylko pogarsza samopoczucie). Jeśli już jest Wam niedobrze, zostańcie na zewnątrz i korzystajcie z chłodnych podmuchów wiatru. Postarajcie się wpatrywać w horyzont i skupić na jego linii- to powinno ograniczyć uczucie bujania i zaburzenia równowagi. Pamiętajcie, by odpowiednio się ubrać (na tzw. cebulkę), nawet jeśli w miasteczku jest upał. Przydadzą się długie spodnie, pełne obuwie i kurtka z kapturem. Polecam nawet zabrać ze sobą rękawiczki, zwłaszcza, jeśli długo będziecie robić zdjęcia. Obowiązkowo miejcie też ze sobą okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem!

 

Monterey Bay Aquarium

Jeśli podróżujecie z dzieciakami, albo po prostu macie więcej czasu do dyspozycji, koniecznie odwiedźcie też oceanarium! Akwarium w Monterey jest jednym z największych na świecie. Za jego szybami obserwować można m.in. rekiny, płaszczki, koniki morskie i meduzy. Oceanarium prowadzi również liczne programy edukacyjne i organizuje pokazy karmienia zwierząt. Więcej informacji znajdziecie tutaj: https://www.montereybayaquarium.org/
Nam niestety na tę atrakcję zabrakło już czasu, ale jeśli kiedyś jeszcze wrócę w tamte strony, na pewno przeznaczę na Monterey cały dzień i do akwarium z ogromną przyjemnością zajrzę.

 

SAN SIMEON

Miasteczko San Simeon to moim zdaniem kolejny obowiązkowy punkt programu. Warto się tam zatrzymać chociaż na chwilę. Powodem, dla którego większość turystów decyduje się zrobić w tym miejscu postój są rezydujące tam foki. Przyznaję, że tylu fok naraz nie widziałam nigdy wcześniej.

 

Elephant Seal Vista Point

Foki w San Simeon są według mnie ucieleśnieniem wyrażenia „śmierdzący leń”. Taka refleksja naszła mnie jak tylko je zobaczyłam (i poczułam ich zapach). I ilekroć ktoś używa tego sformułowania, zawsze przychodzą mi one automatycznie na myśl. Prawdę mówiąc, gdyby nie to, że od czasu do czasu któraś z fok postanawiała obsypać się staranniej piaskiem lub wybrać się na kąpiel w oceanie (to drugie zdecydowanie rzadziej), można by odnieść wrażenie, że cała plaża usłana jest zwłokami. Chociaż podobno nie zawsze tak się sprawy mają.

Najlepszy czas na obserwowanie słoni morskich „w akcji” to okres od listopada do marca. Wtedy jest ich na plaży najwięcej i są najbardziej aktywne. Samce walczą między sobą i dobierają się w pary z samicami, a na świat przychodzą młode foki. Samców zaczyna przybywać w listopadzie, w grudniu zaczynają też przypływać samice. W styczniu i w lutym rodzi się najwięcej młodych, a w marcu można obserwować jak małe foki uczą się pływać (źródło: https://www.parks.ca.gov/?page_id=26424). Jednak i w pozostałych miesiącach można sobie na te zwierzęta popatrzeć. My byłyśmy w San Simeon we wrześniu i tak jak wcześniej wspomniałam, było ich tam wtedy całkiem sporo. 😉

Przyznam, że te foki to dość ciekawy przystanek na trasie, jednak w San Simeon zatrzymać się chciałam w zupełnie innym celu.

 

HEARST CASTLE

O miejscu tym dowiedziałam się jeszcze będąc dzieckiem, z jednego z albumów w stylu „100 architektonicznych cudów świata” należącego do mojego brata. Co ciekawe, zdjęcie i krótki opis tego właśnie „cudu” znalazły się też w co najmniej jednym z moich szkolnych podręczników od historii. Zafascynowało mnie ono „od pierwszego wejrzenia” i jakoś tak przez lata chodziło mi po głowie. Dlatego gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, że mogę je w końcu zobaczyć na własne oczy, bo jest na trasie naszej wycieczki, wiedziałam, że po prostu nie przeżyję, jeśli się tam nie udam!

Posiadłość Hearsta, bo o tym miejscu jest mowa, to atrakcja inna niż wszystkie! Jeśli szukacie urozmaicenia pośród atrakcji stricte przyrodniczych na Waszej trasie, to ta kalifornijska perełka, położona z dala od najbardziej popularnych wśród turystów lokalizacji jest wręcz idealnym rozwiązaniem. 😊

Rezydencja wybudowana została na dość odizolowanym od cywilizacji wzgórzu zwanym La Cuesta Encantada (hiszp. zaczarowane wzgórze). Jest to posiadłość należąca niegdyś do amerykańskiego magnata prasowego, Williama Randolpha Hearsta, zaprojektowana zgodnie z jego wytycznymi przez Julię Morgan.

Jako, że Hearst słynął z ekstrawagancji i nietuzinkowych pomysłów, posiadłość tę cechują przepych i blichtr. Znaleźć tu można rozmaite style architektoniczne przeplatające się ze sobą w zadziwiający sposób, oraz tysiące artefaktów sprowadzonych na życzenie gospodarza z różnych stron świata. Miłośnicy historii sztuki zapewne będą zachwyceni, znaleźć tu można bowiem niemalże wszystko. 😉

 

Neptune Pool

Najbardziej charakterystyczny dla tego miejsca jest niewątpliwie Basen Neptuna. To właśnie jego zdjęcia przykuły niegdyś moją uwagę i zainteresowały posiadłością Hearsta.

Neptune Pool to jeden z dwóch basenów znajdujących się na terenie rezydencji. Ma ponad 32 metry długości, 28,5 metra szerokości w najszerszym miejscu, i 3 metry głębokości w najgłębszym miejscu. Basen wypełnia prawie 13 000 hektolitrów wody!

Patrząc na zdjęcia chyba przyznacie mi rację, że nie jest to widok, który spodziewalibyście się zobaczyć w amerykańskiej Kalifornii…

Hearst zlecił również wybudowanie innego basenu. Ten drugi jest kryty i robi równie niesamowite wrażenie co Basen Neptuna. The Roman Pool, czyli Basen Rzymski, miał imitować antyczne łaźnie rzymskie. Basen zdobi przepiękna mozaika, na którą składają się małe kwadratowe szklane płytki. Część z nich zabarwiona jest na granatowo i pomarańczowo, w pozostałe wtopione jest, jakżeby inaczej, złoto. Połączenie intensywnych barw i mieniącego się złota daje genialny efekt!

Na terenie posiadłości znajdują się również kino i kort tenisowy.

Historia tego miejsca jest tak szalenie ciekawa, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam wycieczkę na wzgórze! Zwiedzanie posiadłości na własną rękę nie jest możliwe. Należy wykupić jedną z wycieczek z przewodnikiem, które startują z Visitor Centre. Tam wsiada się do jednego z autobusów, które zawożą turystów do zamku. Osoby oprowadzające opowiedzą Wam mnóstwo o rodzinie Hearsta, historii zamku, legendarnych przyjęciach, które się w nim odbywały i znanych osobistościach, które go odwiedzały. Z chęcią odpowiedzą też na wszystkie Wasze pytania. Wycieczkę można zakupić online, lub na miejscu. Tutaj znajdziecie opisy i ceny różnych programów oraz wszystkie pozostałe informacje o posiadłości -> http://hearstcastle.org/tour-hearst-castle/tour-tickets-pricing/

 

Kalifornijskie zebry

Było już o mgle i fokach, ale o co chodzi z tymi zebrami?

Czy będziecie zdziwieni kiedy Wam powiem, że Hearst miał również swoje własne zoo i rezerwat zwierząt? Wśród wielu okazów, jakie Hearst sprowadził na swoje ziemie były między innymi niedźwiedzie, tygrysy, orangutany, a nawet słoń. Oprócz zwierząt trzymanych w klatkach i na niewielkich wybiegach, rancho zamieszkiwały również antylopy, wielbłądy, strusie, lamy, kangury, żyrafy i inne. Goście zmierzający do rezydencji mogli poczuć się jak na prawdziwym safari!

W wyniku poważnych problemów finansowych, do których doprowadziła rozrzutność właściciela i jego szalone pomysły, zoo zostało zlikwidowane. Wiele zwierząt trafiło do publicznych zoo, część została sprzedana. Sporo zwierząt pozostawiono jednak na rancho i dalej swobodnie pasły się na wzgórzach. Niektóre gatunki żyją tam po dziś dzień, w tym właśnie tytułowe zebry. Jeśli więc przejeżdżając przez okolice San Simeon nagle zobaczycie dzikie zebry, jak gdyby nigdy nic przechadzające się po pastwiskach wzdłuż drogi, to nie martwcie się. To nie omamy i wszystko z Wami w porządku! Tak, w Kalifornii żyją na wolności zebry. 😊 Wypatrujcie pasiastych!

 

 

Morro Rock

Jadąc z San Simeon dalej w kierunku Los Angeles, po około 50 kilometrach ujrzycie kolejne niesamowite miejsce, w którym zdecydowanie warto jest się zatrzymać, chociaż na chwilę! Tuż przy brzegu z dna oceanu wynurza się ogromna skała. W jej pobliżu znajdziecie pola namiotowe i kempingowe, hotele i restauracje.

 

 

Solvang

Skandynawia w Kalifornii? Proszę bardzo! Odwiedzając miasteczko Solvang (duń. słoneczne pole), zapomnicie na chwilę, że jesteście w Stanach Zjednoczonych. Architektura miasta utrzymana jest w typowo duńskim stylu i nie znajdziecie tu raczej zbyt wielu nie-europejskich miejsc i rzeczy. Posmakujecie za to duńskich wypieków i czekoladek oraz zakupicie duńskie pamiątki. W Solvang mieści się również muzeum Hansa Christiana Andersena. Miasteczko to jest przeurocze i bardzo żałowałam, że nie miałyśmy czasu się po nim po prostu poszwendać i pozaglądać do tych wszystkich kawiarenek i sklepików. Jeśli będziecie mieli więcej czasu, koniecznie wybierzcie się tam na spacer! 😊

 

 

Ile czasu poświęcić na wybrzeże?

Muszę przyznać, że kalifornijska jedynka była jednym z najfajniejszych fragmentów mojej podróży po Stanach, a konkurencja jest naprawdę ogromna. Wybrzeże Pacyfiku ma do zaoferowania bardzo dużo i każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Jeśli macie bardzo napięty plan zwiedzania i nie dacie rady „zaliczyć” atrakcji po drodze, to tak jak już pisałam we wstępie, na samo przejechanie tej trasy potrzebny Wam będzie jeden pełen dzień, co i tak może okazać się sporym wyzwaniem. Lojalnie jednak uprzedzam, najprawdopodobniej pozostanie Wam spory niedosyt!

Jeśli nie chcecie spędzić całego dnia w aucie, optymalnym rozwiązaniem będzie rozłożenie tej trasy na dwa dni. Dzięki temu zyskacie trochę czasu na zatrzymanie się w kilku miejscach po drodze i nie będziecie tak pędzić.

Ale jeśli chcecie w pełni nacieszyć się urokami i atrakcjami wybrzeża nie spoglądając wciąż na zegarek, to dobrą decyzją będzie wygospodarowanie na tę część wycieczki trzech dni. Podczas naszego wyjazdu na przejechanie odcinka SF-LA przeznaczyłyśmy nieco ponad 2 dni i powiem tyle- apetyt rośnie w miarę jedzenia. 😉 Następnym razem na pewno będę chciała zwolnić tempo, by w pełni nacieszyć się pięknymi widokami i odwiedzić jeszcze kilka innych miejsc na tej trasie (jak chociażby Santa Cruz ze swoim słynnym wesołym miasteczkiem).
Którąkolwiek opcję wybierzecie, moc wrażeń gwarantowana!

 

Uwaga!
Ze względu na zmienne warunki pogodowe panujące na wybrzeżu i częste lawiny błotne oraz osunięcia gruntu, PCH nie zawsze jest w całości przejezdna. Miejcie to na uwadze wybierając się w trasę i sprawdzajcie na bieżąco sytuację!

Kalifornijska jedynka była częścią mojej pierwszej trasy po zachodzie Stanów. Jeśli jesteście ciekawi innych miejsc jakie wtedy odwiedziłam, zajrzyjcie koniecznie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *